Wszystko dla Jezusa!
Pier Giorgio Frassati i "zwyczajne" życie chrześcijańskie
Jaki typ człowieka przychodzi ci na myśl, kiedy rozważasz cechy wymienione przez Jezusa w błogosławieństwach? "Błogosławieni ubodzy w duchu... którzy się smucą... cisi... czystego serca" (Mt 5,3-11). Prawdopodobnie niewielu ludzi skojarzyłoby te cechy z osobą Pier Giorgia Frassatiego - zamożnego, przystojnego, nie stroniącego od rozrywek młodzieńca. Jednak papież Jan Paweł II, beatyfikując tego młodego Włocha w 1990 roku, nazwał go właśnie "człowiekiem błogosławieństw".
Pod atrakcyjną powierzchownością krył się rzeczywiście człowiek ubogi w duchu i czystego serca. Cechy te ujawniały się w nim jednak w sposób dyskretny. Ci, którzy go znali, widzieli jego dobroć, lecz nigdy nie myśleli o nim jako o świętym czy kimś z innego świata. Żył głębią chrześcijaństwa w całkowicie świeckim otoczeniu. Jeden z biografów nazwał Pier Giorgia "zwyczajnym" chrześcijaninem, jednak w Jego wypadku oznaczało to z jednej strony stawianie Boga na pierwszym miejscu, z drugiej - całkowite, a zarazem radosne oddanie się na służbę bliźnim.
Nieszczęśliwa rodzina
Pier Giorgio przyszedł na świat w Turynie, 6 kwietnia 1901 roku. Siedemnaście miesięcy później urodziła się jego siostra Luciana, która stała się jego najbliższą przyjaciółką. Ojciec, Alfredo, był właścicielem i redaktorem wpływowego liberalnego dziennika La Stampa. Matka, Adelaide, była artystką pochodzącą z zamożnej rodziny.
Od dzieciństwa Pier Giorgio wyczuwał panujące w jego rodzinie napięcie pomiędzy coraz bardziej obcymi sobie rodzicami. Ich kłótnie i odsuwanie się od siebie, które w miarę upływu lat stawało się coraz bardziej widoczne, było dla chłopca powodem nieustannego cierpienia.
Sytuacja rodzinna urobiła charakter chłopca i w delikatny sposób pokierowała go ku Chrystusowi. Rodzice niewiele robili w tym kierunku, toteż jedynym źródłem edukacji religijnej Pier Giorgia byli księża i zakonnice w szkole. Alfredo, będący agnostykiem, poskarżył się kiedyś jednemu z księży, że znalazł swego niewiele ponad dziesięcioletniego synka śpiącego na podłodze z różańcem w ręku. "Wołałby pan, żeby zasypiał nad gorszącą powieścią?" - odparował kapłan.
Również i Adelaide nie była zachwycona religijnymi skłonnościami syna;
obawiała się, że mogą one doprowadzić go do kapłaństwa, podczas gdy ona pragnęła dla niego kariery świeckiej. Kiedy pewien jezuita zachęcił jej dwunastoletniego syna do codziennego przystępowania do Komunii świętej, surowo mu tego zabroniła - wkrótce jednak uległa jego usilnym prośbom. Odtąd codzienna Msza święta weszła na stałe do jego rozkładu zajęć.
Radosne dawanie
W wieku lat siedemnastu Pier Giorgio odkrył coś, co stało się wielką radością jego życia - wstąpił do Towarzystwa św. Wincentego a Paulo i zaczął odwiedzać domy ubogich Turynu. Potrzeby były ogromne, gdyż w mieście żyło wielu bezrobotnych weteranów pierwszej wojny światowej oraz wegetujące na skraju nędzy rodziny robotnicze. Spotykając się z tymi ludźmi, Pier Giorgio oddał im całe swoje serce.
Dostarczanie im żywności, odzieży i pieniędzy stało się jego codziennym zajęciem, któremu oddawał się z pasją. W typowym tygodniu jego akty miłosierdzia wyglądały mniej więcej w ten sposób:
Niedziela, buciki dla bosego dziecka.
Poniedziałek, pokój dla bezdomnej kobiety.
Wtorek, obuwie dla bezrobotnego mężczyzny.
Środa, opłacenie czesnego ubogiej dziewczynce.
Czwartek, przeprowadzka niewidomego weterana.
Piątek, żywność dla głodnej rodziny.
Sobota, lekarstwo dla staruszka cierpiącego na bronchit.
Aby zaspokoić jak najpełniej potrzeby ubogich, Pier Giorgio odmawiał sobie wielu rzeczy. Po odwiedzeniu slumsów zdarzało mu się często maszerować do domu na piechotę, gdyż przeznaczone na pociąg fundusze trafiły do kieszeni jakiegoś żebraka. Zapytany, dlaczego podróżuje pozbawioną wygód trzecią klasą, odparł: "Ponieważ nie ma czwartej".
Pewnego mroźnego wieczoru powrócił do domu bez płaszcza, który podarował bezdomnemu starcowi. Rozgniewanego Alfreda rozbroiła prosta odpowiedź syna: "Widzisz, tato, było tak strasznie zimno". Kiedy po ukończeniu szkoły otrzymał do wyboru samochód lub jego równowartość w gotówce, wybrał pieniądze, które wydał na potrzeby biednych.
Spotkania z ubogimi sprawiały mu przyjemność i lubił osobiście dostarczać im swoje dary. Widział w tym okazję do "podniesienia tych ludzi na duchu, obudzenia w nich nadziei, że ich życie może się zmienić". Mówił im też o Bogu i zachęcał do spotkania z Jezusem we Mszy świętej.
"Idę do Chrystusa"
Idąc z misją miłosierdzia, Pier Giorgio zapuszczał się w rejony, które były absolutnym przeciwieństwem jego zamożnej dzielnicy. Zapytany przez przyjaciela, w jaki sposób udaje mu się wytrzymywać w panującym tam zaduchu, odpowiedział: "Jezus przychodzi do mnie co rano w Komunii świętej. Ja odpłacam Mu się choć w części, odwiedzając ubogich. Nawet jeśli dom jest obskurny, to przecież idę do Chrystusa".
Słowa te odsłaniają przed nami istotę duchowości Pier Giorgia. Radość, podtrzymująca go w każdym smutku, płynęła z jego bliskiej więzi z Jezusem. Pielęgnował tę więź poprzez codzienną Mszę świętą i częstą modlitwę przed Najświętszym Sakramentem. "Po czuwaniu modlitewnym - mawiał - czuję się silniejszy, bardziej bezpieczny, a nawet szczęśliwszy".
Kochał też Pismo Święte, zwłaszcza listy św. Pawła. Na swoim biurku umieścił fragment 13 rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian. Przepiękny hymn o miłości przypominał mu motywację, jaka powinna przyświecać wszystkim naszym dobrym uczynkom. Czytywał regularnie dziełko O Naśladowaniu Chrystusa, które wraz z Nowym Testamentem dołączał do paczek dla biednych rodzin.
Temu wszystkiemu towarzyszyło żywe nabożeństwo do Maryi. Pier Giorgio zawsze miał przy sobie różaniec i modlił się na nim kilka razy dziennie, często ze swoimi przyjaciółmi. Na drzwiach sypialni przykleił modlitwę św. Bernarda do Najświętszej Maryi Panny, zaczerpniętą z Raju Dantego. Podczas pobytu w willi letniskowej swojej matki codziennie pielgrzymował do odległego o przeszło osiem kilometrów sanktuarium maryjnego.
Polityka jako akt wiary
Pier Giorgio dostrzegał potrzebę przemian społecznych, które usunęłyby przyczyny ubóstwa. Zdecydował się na studia techniczne, aby jako inżynier pracować z górnikami, których sytuacja była szczególnie trudna. Na uniwersytecie stał się przywódcą studenckiej organizacji politycznej, wstąpił też do włoskiej Partii Ludowej. Miał wizję jednoczenia ludzi wykształconych i robotników w celu tworzenia ruchu dążącego do poprawy warunków życia klas niższych.
Głęboki niepokój Pier Giorgia wzbudziło we wczesnych latach dwudziestych szerzenie się faszyzmu. Nie bacząc na ryzyko, współdziałał z partiami opozycyjnymi, uczestniczył w demonstracjach antyfaszystowskich oraz publicznie wypowiadał się przeciwko partii Mussoliniego. Kiedy w październiku 1922 roku Mussolini, przy umiarkowanym poparciu Partii Ludowej, przejął władzę we Włoszech, Pier Georgio ledwie był w stanie powściągnąć swój gniew. "Przejrzałem przemówienie Mussoliniego - pisał - i zagotowała się we mnie krew. Jestem zdegustowany wysoce haniebnym zachowaniem Partii Ludowej".
Dla Pier Giorgia zaangażowanie w politykę i reformy społeczne było aktem wiary. Co rano, słysząc kończące Mszę świętą słowa księdza: Ite, missa est! czuł się posyłany przez Pana do pracy na rzecz sprawiedliwości. Jak mówiła jego siostra, Luciana, dla Pier Giorgia "życie w społeczeństwie oznaczało walkę o powrót ducha, o umacnianie go tam, gdzie osłabł, i rozpalanie na nowo tam, gdzie wygasł".
Rozrywka z Chrystusem
Przy tym wszystkim Pier Giorgio cenił sobie rozrywki i przyjaźń. W ostatnim roku jego krótkiego życia ogromną przyjemność sprawiało mu zwłaszcza przebywanie w "Towarzystwie Ciemnych Typów", grupie młodzieży należącej do grona jego najbliższych przyjaciół. Pier Georgio był oficjalnie mianowanym naczelnym trefnisiem tej grupy, inicjatorem wielu żartów, psot i wygłupów. Towarzystwo często wybierało się na zaplanowane i dowodzone przez niego wspinaczki górskie. Po dojściu na szczyt prowadził wspólną modlitwę, oddając cześć Stwórcy majestatycznej przyrody. Następnie w ruch szły zapasy żywności, wino, cygara; śpiewano także piosenki, przy których donośny bas Pier Giorgia dawał się wszystkim we znaki. Zdawał sobie sprawę, że fałszuje, lecz przekonywał, że "najważniejsze jest, żeby śpiewać".
Pomimo tych beztroskich rozrywek serce młodzieńca skrywało głęboki smutek. Zakochany w Laurze Hidalgo, jednej z dziewcząt z jego kręgu, pragnął się z nią ożenić. Zwierzył się jednak z tego jedynie siostrze, ponieważ wiedział, że rodzice chcą, by poślubił kogoś o wyższym statusie społecznym. Ponadto Alfredo i Adelajdę byli wówczas o włos od oficjalnej separacji i Pier Giorgio obawiał się, że jego małżeństwo z Laurą mogłoby przesądzić o zakończeniu małżeństwa rodziców. Nie był w stanie założyć rodziny kosztem
zniszczenia drugiej. Dlatego w milczeniu znosił ból niewyznanej miłości.
W 1925 roku, kiedy Pier Giorgio miał właśnie uzyskać dyplom i rozpocząć pracę z górnikami, na przeszkodzie jego marzeniom stanął Alfredo, który postanowił, że jego syn zostanie dyrektorem La Stampa. Nie mając odwagi przekazać mu tej decyzji osobiście, wysłał do niego swego wspólnika. Oszołomiony i głęboko rozczarowany Pier Giorgio nie protestował. "Czy sądzi pan, że ojciec będzie z tego zadowolony?" - zapytał posłańca, a gdy ten skinął głową, powiedział: "Proszę mu więc powiedzieć, że się zgadzam".
Precz z ponurością
Jednak przed rozpoczęciem nowej pracy Pier Giorgio ciężko zachorował. Nikt w rodzinie nie przywiązywał do tego większej wagi. Zajęci umierającą babcią, sądzili, że choroba wkrótce ustąpi. Kiedy Pier Giorgio nie był w stanie pójść na pogrzeb babci, Adelajdę, nieświadoma stanu zdrowia syna, skarżyła się nawet, że nic ma go nigdy wtedy, gdy jest potrzebny. Okazało się jednak, że cierpi on na chorobę Heine-Medina - którą prawdopodobnie zaraził się podczas odwiedzin w domach biedoty - i kiedy rodzina zdała sobie sprawę z powagi sytuacji, było już za późno na ratunek.
Do końca w myślach Pier Giorgia pierwsze miejsce zajmowali biedni. Będąc już na łożu śmierci, prosił Lucianę o dostarczenie lekarstwa choremu i o przedłużenie w jego imieniu polisy ubezpieczeniowej ubogiemu człowiekowi. Były to jego ostatnie uczynki miłosierdzia. Zmarł 4 lipca 1925 roku. Jego nagła śmierć była szokiem dla wszystkich. A kiedy na pogrzebie pojawiły się tysiące ubogich Turynu, Alfredo i Adelaide przeżyli wstrząs na widok hołdu składanego dobroci i służbie ich syna.
Jedna z moich ulubionych fotografii Pier Giorgia przedstawia go schodzącego z alpejskiego szczytu, uśmiechniętego i z fajką w ustach. Na innej widzimy, jak w towarzystwie paru kolegów ciągnie beczkę wina przeznaczoną na wspólną imprezę. Przypomina mi się jednak również świadectwo jego przyjaciela, który opowiadał, że wychodząc z kościoła po godzinie spędzonej na modlitwie, Pier Giorgio odwrócił się i dyskretnie pomachał ręką w stronę tabernakulum.
Ten czuły gest, będący dla mnie symbolem jego bliskości z Jezusem, ma w sobie radość i naturalność, z którą przeżywał swoje "zwyczajne" życie chrześcijańskie w sercu świata. Dają mi też do myślenia jego słowa: "Codziennie trochę lepiej rozumiem niezrównaną łaskę bycia katolikiem. Precz zatem z wszelką melancholią!... Jestem radosny. Smutek to nie ponurość. Ponurość powinna zostać wygnana z chrześcijańskiej duszy".
Bert Ghezzi